...że cię nie opuszczę aż do śmierci

Do napisania tej powieści starannie się przygotowałam. Znosiłam do domu naręcza popularnonaukowych książek, artykułów i poradników. Przyswoiłam sobie zaskakujące statystyki dotyczące zjawiska. Na końcu wydawało mi – i tak ogłaszałam wszem i wobec - że wiem niemal wszystko na temat uczuć zdradzonej żony, zaplątanego w zdradę męża oraz trzeciej ofiary powstałego życiowego zamieszania – tak zwanej kochanki. Jedną z pozycji „Nigdy w niedzielę” Victorii Griffin, mam do dziś; sądzę, że jeszcze ją wykorzystam.

Na koniec zaczęłam uważać się za coś w rodzaju eksperta; kiedy koleżanka, lekarz toksykolog, opowiedziała mi o zmarłej na jej oddziale samobójczyni – młodej, atrakcyjnej matce wspaniałego chłopczyka – pożałowałam, że nie była moją przyjaciółką. Bo przecież potrafiłabym jej pomóc. Nawet gdybym w ostateczności miała przykuć ją do kaloryfera na najbardziej destrukcyjny etap szaleństwa, o którym dokładnie wiedziałam, że w końcu się skończy.

Od tego czasu minęło dziesięć lat. W moim bliższym i dalszym otoczeniu wydarzyły się zdrady, znam oszukane i oszukujące kobiety, ich mężczyzn. I cała moja złudna wiedza pozostaje teorią, nie przekłada się na praktyczne obchodzenie się z uczuciami. Co gorsza, w niczym nie pomaga. Każdy przypadek okazuje inny, bardziej lub mniej tragiczny. Każdy balansuje między nadzieją, a rozpaczą, niebezpieczną magią, a przewidywalnym, zwykłym życiem. Tylko od zewnątrz wygląda na banał.