Portrety na porcelanie

Odbierałam córkę ze szkoły i podczas jazdy zdawałyśmy sobie relacje z przedpołudnia. Ona opowiadała o tym, czego się nauczyła, ja – kogo i jak udało mi się uśmiercić. Czasami się buntowała, wolała usłyszeć, czy zrobiłam gołąbki, albo czy pies był grzeczny na spacerze... Zawsze przejeżdżałyśmy koło cmentarza – tego, który posłużył za pierwowzór powieści. Jej roboczy tytuł brzmiał Budka na cmentarzu. Gdyby nie te codzienne, dwukrotne jazdy do szkoły, książka być może nigdy by nie powstała. A tak... Przez okna samochodu regularnie spoglądałam na szklaną budkę przy bramie, do bólu przejrzystą. Był w niej mężczyzna, cmentarny strażnik. Inaczej wyglądał w porze zimowego nieobudzonego poranka, kiedy ogrzewał się napojem z termosu, inaczej latem, gdy w otwartych drzwiach wystawiał się na słońce i dojrzałą zieleń cmentarza. Ten nigdy niepoznany przeze mnie umundurowany mężczyzna stał się postacią czuwającą nad porządkiem losów moich pozostałych bohaterów. Wielu z nich znałam wcześniej, czekali na to, aż nadam konkretny kształt ich historiom, wybiorę kolory, zdecyduję, co naprawdę się z nimi stało. Inni byli aktorami obsadzanymi w spektaklu o wydarzeniach – musiałam ich wymyśleć, aby zmierzyć się z wyobrażeniami o wariantach życia i odchodzenia.