Ich dwoje i Julia

Nie pamiętam już kiedy, ale z pewnością nie myślałam wówczas o pisaniu książek, przeczytałam w gazecie pewien list. Autorką była kobieta, która stała się świadkiem i w końcu też niejako współuczestniczką romansu męża z przyjętą przez oboje do domu dziewczyną. Sama byłam wówczas bardzo młoda i akceptacja podobnych stanów była dla mnie absolutnie niezrozumiała. Równie mocno zdziwił mnie też chłodny ton listu tej najwyraźniej mądrej i rozsądnej kobiety. Była, podobnie jak mąż oraz ta „trzecia”, naukowcem. To dlatego, pomyślałam naiwnie, potrafiła wypracować sobie racjonalne podejście do życia.

Temat przypomniał mi się wiele lat później, w czasie, w którym mój mąż przygotowywał się do drugiej specjalizacji – psychoterapii. Mogłam w tym pośrednio uczestniczyć, poznałam niektórych kolegów, a także, mimo denerwującej dyskrecji małżonka, pewne nienazywane osobowo przypadki. Podczas tych trzech lat wiele wydarzyło się w szkoleniowej grupie: ktoś opuścił rodzinę, rozpadło się jakieś małżeństwo, powstała nowa para. Ten i ta od czasu do czasu się ze sobą przesypiali, jedna z uczestniczek kursu porzuciła grupę i znowu zaczęła brać narkotyki. Nie chodziło tu o bandę niedojrzałych uczniaków - edukowali się wyłącznie lekarze z wieloletnim zawodowym stażem. Penetracja dusz, wgłębienie się w mechanizmy ich działania, wyzwoliły z nich niespodziewane źródła energii, napędziły zachowania daleko odbiegające od ogólnie przyjętej normy.

Mówi się, że wszelkimi dziedzinami na zaczynającymi się na „psy-” interesują się ludzie nie dochodzący do ładu z samym sobą. Ich inteligencja nakazuje im czegoś się o sobie nauczyć, poszukać rozwiązań. Dobrze, jeśli przy okazji umieją być pomocni innym. Chociaż nie wszyscy. Jedna z wielu książek, którą noszę w głowie, to - tytuł roboczy - „Historia moich terapii”.