Dziesięć kroków od Calehm

Calehm kiedyś mi się przyśniło. Wystarczyło, że spróbowałam je opisać, dopisać życiorysy jego mieszkańcom. Podobno istnieją takie miasta, rządzą się swoimi prawami, odcięte się od związków i unii. Wcale mnie to nie dziwi – urodziliśmy się w świecie, w którym karty dawno rozdano, a gra nie przewiduje Ziemi Obiecanej za darmo. Ludzie z Calehm woleliby może osiedlić się w innym miejscu, wypłynąć gdzieś wielką arką, odlecieć na Pandorę. Jednak nie mieli takiego wyboru. Z wszelkich możliwych Wolne Miasto było dla nich najlepszą alternatywą.

Usłyszałam zarzut, że wolna miłość w Calehm jest zbyt... Wyzwolona.

Nie. Na tym polega to miasto. Wszystko w nim wolno.